Zbigniew Stanczyk - Film Consultant















Pokazywany na polskich ekranach w styczniu 2015 film Niezłomny/Unbroken opowiadający o losach amerykańskich pilotów okresu II Wojny Światowej przypomniał mi o niezwykłym spotkaniu, w jakim przydarzyło mi się uczestniczyć późną wiosną 2014 roku. Wybrałem się wówczas do San Diego na zlot pilotów-weteranów z europejskiego teatru wojny, wśród których znaleźli się również i ci, którzy dokonywali zrzutów nad powstańczą Warszawa w 1944 roku.  Film, nakręcony z ogromnym rozmachem, w niezwykle dramatyczny sposób oddaje realia walk powietrznych. Nic stworzonego do tej pory nie było w stanie zilustrować skali dramatu młodych mężczyzn, którzy poświęcali swe życie.  

Wielu zginęło w powietrznych walkach, wielu trafiło do obozów jenieckich, a wielu, o czym trudno znaleźć wzmianki w źródłach, doznało stresu pourazowego, z którego leczyli się przez cale życie.  Ci bohaterowie odchodzą od nas w szybkim tempie. Kiedy ich rekrutowano mieli miedzy 18 a 22 lata, dzisiaj po sześćdziesiąt parę lat więcej. Powiadomiłem polskie władze o ich istnieniu i uhonorowano ich zaproszeniem na obchody rocznicy powstania w 2014 roku. 

Udało mi się również zaaranżować spotkanie miedzy jednym z pilotów Richardem Tyhurst a Panią Krystyną Chciuk, młodą łączniczką z powstania, która wyglądała z nadzieją samolotów alianckich w niebie nad Warszawą. Ich spotkanie zostało udokumentowane przez TVP. 


Fortece nad Warszawą, Zbigniew Stanczyk
 
San Diego, Kalifornia. Dorocznie spotkanie weteranów 95-tej Grupy Bombowej, amerykańskiej husarii, która przechyliła szale przewagi powietrznej aliantów w Drugiej Wojnie Światowej z armada Latających Fortec B17. Grupa weszła na europejski teatr wojny w marcu 1943 szybko zyskując reputacje najlepszej w Silach Powietrznych USA. Podczas wojny zbudowano 12 tysięcy Fortec. Pilotów szkolono na prędce. Brano młodzież, która po ukończeniu szkoły średniej trafiała w oko huraganu wojny. Przeciętny wiek załóg zamykał się miedzy 18 a 22 rokiem życia. Na zachowanych zdjęciach wyglądają bardziej dojrzale. Mundury dodają im powagi.  

Siedemdziesiąt lat później na zjazd przyjechało dziewięciu z tysięcy byłego personelu. Maja po dziewięćdziesiąt parę lat. Reszta z setki obecnych gości to rodziny, dzieci i wnuki byłych pilotów, plus pasjonaci zajmujący się upamiętnianiem historii grupy.
Weterani wykruszają się. Na stole recepcyjnym wyłożono listy od tych, którzy nie byli w stanie dojechać: “Zaproszenie nie doszło do nas na czas. Ojciec zmarł w ubiegłym tygodniu”, “Przepraszam, ale podróżowanie jest już ponad moje siły. Myślami z wami”.  
Wśród obecnych, dwóch pilotów, którzy uczestniczyli w jedynym locie do Powstania Warszawskiego, 18 września 1944. Robert Hastie, drugi pilot, miał wtedy 20 lat, Richard Tyhurst, nawigator miał 24. To był jeden z dziesiątków lotów, które odbyli, ale pozostał w ich pamięci. Wystartowali z bazy w Anglii by lądować na nowouruchomionych amerykańskich bazach na terenie ZSRR.
                                   
W pierwszym roku obecności na europejskim teatrze wojny z 95-tej zginęło w akcji 252 pilotow. Ponad stu nigdy nie odnaleziono. Śmiertelność w tej formacji, obok załóg lodzi podwodnych, należała do jednej z najwyższych. Biorący udział w zjeździe w San Diego wolontariusze do dzisiaj starają się odnaleźć informacje o zaginionych. Każdego roku dochodzą nowe źródła, w tym i publikowane na Internecie.  Żadna z agencji rządowych nie byłaby w stanie poświecić tyle czasu, co oni. Zajmują się tym tak gospodynie domowe jak i profesorowie uniwersytetów.



















Zostać pilotem było marzeniem każdego chłopaka. Stawałeś się częścią „wysoko postawionej elity” i dumą rodziny. Eugene, brat obecnego na zjeździe profesora z Illinois Michaela Dartera, był jednym z wybranych. Michael miał zaledwie parę lat, gdy starszy o dwadzieścia lat brat „oblatywał” go na rękach by dać mu wyobrażenie jak wygląda świat z góry. Eugene wyjechał na wojnę w Europie i jego samolot zniknął podczas pierwszej misji w grudniu 1943 roku. Listy do władz nie przynosiły żadnych wiadomości o jego losie.  W domu nigdy nie przestano czekać. Każdy człowiek wyłaniający się zza rogu ulicy mogli być tym, którego oczekiwała rodzina.  Kiedy osiągnął dojrzały wiek Michael zastąpił ojca w pisaniu próśb o wznowienie poszukiwań. Dostawał tą samą odpowiedz: brak danych. Cisza trwała przez kolejne dekady. W dzień urodzin brata 3 stycznia 2000 wpisał w wyszukiwarce jego imię i typ samolotu. Ku zaskoczeniu dowiedział się ze ma symboliczny grób na cmentarzu w Wielkiej Brytanii. Miał zginać w akcji wraz z dwoma kolegami. Siedmiu członków załogi trafiło do niemieckiego obozu wojennego. Zadzwonił do jednego z żyjących pilotów. Ten powiedział mu, ze znalazł ciężko rannego Eugene w pomieszczeniu radiowym płonącego samolotu. Założył na niego spadochron i pomógł wydostać się na zewnątrz. Kiedy udało się ustalić miejsce upadku samolotu w Holandii Michael napisał do mieszkańców pobliskiego miasteczka z pytaniem o świadków wydarzenia. Odezwał się mężczyzna, który jako nastolatek widział spadochron wpadający do lodowatego Morza Północnego. Słyszał wolanie o pomoc. Wiatr spychał pilota w bezkres morza. Tam zapewne utonął. Ma tylko symboliczny grób.

Michael Darter 

Zdarzało się, ze młodzi piloci przybywali na bazę w poniedziałek a przed końcem tygodnia ich nie było. Nie zdążyłeś zapamiętać imion. Szybko wynoszono ich rzeczy i stwarzano miejsce dla następnych. Nowi, byli mniej doświadczeni i to ich zabijało. Zycie nie dało im czasu by się nauczyć techniki przetrwania.
Michael napisał książkę o swoich poszukiwaniach. Chciał zamknąć ten rozdział w historii rodziny i przynieść ukojenie tym, którzy czekali. Łącznie z zoną brata.
 
Ciała odnalezionych, jeśli rodzina wyrażała życzenie, przenoszono po wojnie na cmentarze w Stanach Zjednoczonych. Tak się stało z porucznikiem Josepha J. Vigna zestrzelonym  nad Warszawa 18 września.  Samolot spadł koło Nasielska. Po latach przewiezione go na drugi koniec świata,  na cmentarz koło San Francisco. Vigna miał 24 lata. Pochodził z włoskiej rodziny w kalifornijskiej Sonomie. Potomkowie ciągle zamieszkuje w tym miasteczku, stolicy kalifornijskich win. Vigna po włosku znaczy winnica. Wielu pochowano tu na miejscu w San Diego na cmentarzu wojskowym Rosecrans, położonym na półwyspie miedzy zatoka a oceanem na 30 hektarach. Przed każdym grobem w dniu święta weteranów umieszczają małą amerykańską flagę. Niekończący się dywan biało-czerwono-niebieski stu osiemnastu tysięcy. Tyle ilu jest pochowanych.



 
Amerykanie rozważali wykorzystanie baz powietrznych na terytorium  ZSRR od 1941 roku. Reakcja Stalina była znikoma aż do konferencji w Teheranie w listopadzie 1943. Ugiął się, gdy alianci po rekonesansach lotniczych odkryli, ze Niemcy przenieśli fabryki zbrojeniowe na wschodnie obszary Rzeszy i gdy posuwający się front skrócił dystans z zachodem. 

Amerykański personel lotniczy w liczbie 1300 został skierowany do ZSRR i operacje podjęto w maju 1944 roku. Sprzęt płynął ze Stanów Zjednoczonych do portu w Murmańsku stamtąd lądem, trzy tysiące kilometrów na południe. Dowożono nawet wysokooktanowe paliwo, nie do pozyskania w Rosji. Pozbawione właściwej osłony ze strony gospodarzy bazy znalazły się szybko na celowniku wroga. Po nalocie z końcem czerwca zniszczeniu uległy 43 Latające Fortece a 26 uległo uszkodzeniu. Rosjanie nie zezwolili na kontratak. Amerykanie natrafiali na szereg rozporządzeń komplikujących rozwiązania strategiczne. Rodziły się napięcia z oficerami radzieckimi. Rosjanie, którzy doszli w tym czasie do Polski, nie byli przygotowani na obecność obcych baz na swoim terytorium, tym bardziej na nieżyczliwej Moskwie - Ukrainie. Idea współpracy militarnej i budowania zaufania miedzy dwoma najważniejszymi aliantami natrafiała na dziesiątki przeszkód.  Lotnisko, do którego leciała załoga Roberta Hastie i Richarda Tyhurst z pomocą dla Warszawy, było położone w Połtawie, we wschodniej Ukrainie.
Pierwsza odprawa Amerykanów przed lotem nad okupowaną Polskę miała miejsce w bazie w Anglii w parę dni po 10 września po otrzymaniu zgody Kremla. Angielska pogoda pozwalała na loty najwyżej przez siedem dni w miesiącu, nad Niemcami parę dni więcej. Wszystko to obniżało możliwości operacyjne o 45 procent. Częste mgły i nisko zawieszone chmury powodowały kolizje z własnymi samolotami w trakcie tworzenia formacji w powietrzu. W poniedziałek 18-tego września lotników obudzono o trzeciej rano. Prognoza na północno zachodnia Europe zapowiadała przejaśnienia i umiarkowane wiatry.


















Zaloga, w ktorej sklad wchodzili Richard Tyhurst i Robert Hastie

Przed dłuższymi lotami zawsze dostawali dobre śniadanie. Kolejna odprawa. Wręczono 
mapy.  Odlot stu siedmiu bombowców B17 nastąpił o szóstej rano. Skierowały się na Danie i nad Bałtyk. W linii prostej mieli do przebycia 2500 kilometrów.  Latające Fortece były w stanie pokonać więcej, ale by dotrzeć bezpiecznie do celu musiały wybrać okrężną drogę.  Nad Gdańskiem zawrócili w stronę Wisły i podążali jej szlakiem do Warszawy, gdzie planowano pojawić się miedzy 13 a 14-stą. Lądowanie w Połtawie przewidywano na 16-tą. Gdy Obniżyli lot nad polska stolicą jak później zapisał w dzienniku drugi pilot Hastie: „Miasto było przesłonięte mgłą kurzu, która nie była wynikiem walk naziemnych, ale systematycznego wysadzania w powietrze budynków, ulica za ulica. Strefa zrzutów, która nam pokazano (wcześniej w Anglii) wpadła w ręce niemieckie podczas tygodnia, gdy oczekiwaliśmy na odlot” i była „pomalowana na biało na ulicach i dachach, z dużym wysiłkiem dla broniących się Polaków”. Krążyli nad miastem około godziny zrzucając dostawy: trzy tysiące karabinów i pistoletów maszynowych, ponad dwa miliony sztuk amunicji, żywność i sprzęt medyczny. Poza własnymi stratami misja wydawała się zakończyć sukcesem. Prawda okazała się bardziej tragiczna. Z 1248 kontenerów zaledwie około 250 trafiło w ręce powstańców. Niektórzy twierdza, ze nawet mniej, bo 130. Reszta znalazła siew  rękach Niemców. Siła wiatrów i duża wysokość zrobiły swoje.

Hastie zapisał w pamiętniku: „Niemiecki artyleria przeciwlotnicza była intensywna. Trafili nas parę razy, ale silniki wyły dalej”. Wybuchy pocisków eksplodujących na zewnątrz były ogłuszające. Jeden z nich trafił członka załogi. Z postrzelonych skrzydeł wyciekało paliwo. Jego zapach wypełnił samolot powoli przyprawiając załogę o zawroty glowy. Piloci po intensywnych momentach lubili zapalić papierosa. Tym razem stało się to niebezpieczne. Każda iskra mogła wysadzić ich w powietrze. Przekroczyli linie frontu. Rosjanie, wbrew wcześniejszej umowie, obstrzeliwali również i ich. Informacja o ich misji nie docierała do wszystkich radzieckich jednostek lotniczych. Impulsywnie atakowali wszystko, co się ruszało w powietrzu. Po wylądowaniu w Połtawie, po 12 godzinach lotu niektóre części samolotu wyglądały jak ser szwajcarski.




















Richard Tyhurst i Robert Hastie, członkowie załogi, która dokonała zrzutów nad Warszawą

Przed obiadem w hotelu w San Diego inwokacja: „Boże zebraliśmy się tutaj by podziękować za misje, na którą nas wysłałeś. Polegali na nas ci, co byli przed nami i ci, co przyjdą po nas”. Po obiedzie dancing. Graja muzykę z lat 40-tych. Grają „Young at Heart” Franka Sinatry: „I jeżeli już dożyjesz do 105 lat, spójrz raz jeszcze na to, co było źródłem radości. Masz przewagę nad resztą, bo jesteś młody duchem”. Wyjściem na parkiet zaryzykował młody duchem 95-letni  Keith Murray. Porusza się wolno pod bacznym wzrokiem córki.  Wstąpił do lotnictwa w wieku 22 lat.  Został zestrzelony nad Francja 6 września 1943. Kule dopadły go w samolocie. Gdy wyskoczył miał trudności z otwarciem spadochronu. Stracił przytomność po lądowaniu. Gdy ja odzyskał błąkał się po okolicy unikając patroli niemieckich. Nocował w stogach siana. Dwóch mężczyzn zaofiarowało zawieźć go do Paryża. Keith znalazł się w gronie innych ukrywających się pilotów. Były wpadki, egzekucje tych, co ich przechowywali. Po wojnie ktoś obliczył, ze za każdego ocalonego Amerykanina ginął cywil, który mu pomagał we Francji, Belgii lub Holandii. Przetransportowano ich na południe skąd mieli pokonać Pireneje. Buty, które dostał z drewnianymi podeszwami się rozleciały i szedł najpierw w skarpetach, potem boso. W górach zaskoczyła ich burza śnieżna. Z 22 mężczyzn ocalało 3. Reszta zgubiła się i zamarzła na śmierć. W Hiszpanii trojka została przejęta przez Brytyjczyków. Wcześniej rodzina w Ameryce dostała telegramy z kondolencjami.

Gdy Keith wraca z parkietu naciąga na ręce nieco przydługie rękawy marynarki. Zauważam, ze nie ma palców u obu dłoni. Czy stracił na skutek odmrożenia? Sąsiadka przy stole wyciszonym głosem mówi, ze chyba tak. A może inne okoliczności? Amerykanie latali na wysokościach, jakie dotąd nie były dostępne dla człowieka, gdzie temperatura spadała kilkadziesiąt stopni poniżej zera. Odmrożenia twarzy i dłoni były na porządku dziennym. Elektrycznie podgrzewane kombinezony psuły się często pozostawiając pilotów bez osłony termicznej. 

Po apelach premiera Mikołajczyka prezydent USA Roosevelt zatwierdził następną misje lotnicza do Warszawy. Prośba o zezwolenie na lądowanie w Połtawie została oficjalnie odrzucona przez Stalina 2 października. Brak porozumienia w tej kwestii pogorszył stosunki miedzy Moskwą i Waszyngtonem i zdaniem wielu historyków był jednym z sygnałów początku zimnej wojny. Rosyjscy oficerowie, którzy okazywali życzliwość amerykańskim aliantom podpali w niełaskę, cześć zdymisjonowano.  Niektórych, jak marszałka lotnictwa Nowikowa, odznaczonego za zasługi w umacnianiu więzi z Amerykanami, uwieziono i torturowano. Jedna z kosztowniejszych operacji alianckiej pomocy Stanów Zjednoczonych zakończyła się całkowitym fiaskiem. Tysiąc trzystu oficerów i personelu wycofano z Rosji w październiku, pozostawiając na miejscu uszczuplona załogę.

Ben Roujansky, 91 lat, radiowiec, miał 20 lat gdy wstąpił do lotnictwa: „My, piloci nie ogarnialiśmy całości, nie mieliśmy wglądu w większy obraz wydarzeń. Dowiadywaliśmy się o tym  gdzie lecimy i co mamy zrobić. Dzisiaj wiemy lepiej, o co toczyła się gra. Powstaje pytanie na ile to, co robiliśmy było w stanie zmienić świat i czy stało się to za naszym udziałem”. Wyrwanymi do wielkiej gry po szkole średniej nie mieli żadnego przygotowania ideologicznego ani psychicznego. Nie znali historii. Chcieli latać. Otrzymywali trening techniczny. Od chwili przystąpienia Stanów Zjednoczonych do wojny liczba samolotów powiększyła się 26-krotnie. Ktoś musiał na nich latać. Liczba wyszkolonych oficerów lotnictwa w trakcie wojny zwiększyła się 7-krotnie sięgając 2,4 miliona.  Indoktrynacja polityczna? Globalna strategia? Nie było na to ani ludzi ani czasu.




















Nic nie wiedzieli o obozach koncentracyjnych, choć chodziły słuchy o Żydach szukających schronienia. Oni nie wiedzieli, ale wiedziało dowództwo. 3 Października w Waszyngtonie szef rady dla ratowania Żydów, War Refugee Board, John W. Pehle przekazał w imieniu Rządu Polskiego w Lodynie rekomendacje do szefa sztabu Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych, co do możliwości akcji lotniczej na Oświęcim. Zrobiono pierwszy krok. Stalin odrzucił możliwości kolejnych lądowań dzień wcześniej. Dzisiaj mówią, ze gdyby udało się dogadać z Rosjanami może udałoby się odciąć linie transportowe przywożące Żydów do Oświęcimia? „Rosjanie byli zaledwie sto kilkadziesiąt kilometrów od obozu i tez nic nie zrobili”. Historycy wylali na ten temat morze atramentu, „co by było gdyby”…

Zdarzało się ze latali dwa lub trzy dni pod rząd, zależało od warunków atmosferycznych. W przerwach między lotami grali w baseball.  Na bazie mieli tez swój Bar pod Czerwonym Piórem przywrócony do życia na zjeździe w San Diego. Wnioskując ze zdjęć, nasz nie jest wcale gorzej zaopatrzony niż ten z czasów wojny. Gwarantował „niezłą zabawę” . Na porannych odprawach oficerowie spoglądając na zmęczone, zaspane twarze pilotów wyrażali nadzieje ze maski tlenowe podczas lotu przywrócą im pełnie sil.  Zycie w tamtych dniach szybko znikało z oczu. Myśl o tym, ze każdy dzień może być ostatnim zmieniała zachowania tak mężczyzn jak i kobiet. W soboty przychodziły dziewczyny pracujące na okolicznych farmach.  Nawiązywały się romanse. Rodziły dzieci. Nawet te nieślubne do dzisiaj przyjeżdżają na zjazdy weteranów. Chcą być częścią rodziny.  Co parę tygodni wyskakiwali na przepustce do Londynu oddalonego dwie godziny jazy pociągiem. Zostawiali wiadomość gdzie można ich odnaleźć w nagłych wypadkach. Ben Roujansky opowiada, ze raz wracając z Londynu spóźnił się na odprawę. Zobaczył samolot z jego załogą na wybiegu gotowy do startu. Podjechał jeepem.  Wskoczył w biegu.

















Muzyka towarzyszyła im wszędzie. Słuchali jej na falach BBC w drodze na Niemcy. Zapożyczali tytuły piosenek dla nazw samolotów. Hitem lata 1944 roku była piosenka Binga Crosby „I’ll Be Seeing You”. „Zobaczę się z tobą”: „Spotkamy się znowu, kiedy zabrzmią poranne kuranty, katedralne dzwony”. Załoga „I’ll Be Seeing You” została zestrzelona 18 września nad Warszawa. Siedmiu z dziesieciu członków załogi zginęło, 3 trafiło do niewoli, jeden z nich, 19 letni Walter P. Shimshock (Szymczok) z Minneapolis, ranny w nogę, po przesłuchaniu został rozstrzelany przez Niemców za polskie pochodzenie.  Na listach byłych pilotów 95-tej wiele polskich nazwisk, okolo 15%. Wśród nich znajduje: Wójtowicza, Wickowskiego, Szewczyka, Łysogórskiego, Kordowskiego i wielu innych. Na liscie  załogi samolotu Hastie i Tyhursta, jest mechanik Kupsky i radiowiec Niemczyk. 

W hotelu gdzie ma miejsce nasz zjazd natrafiam przy basenie hotelowym na grupę uczestników ostatnich wojen na Bliskim Wschodzie i w Afganistanie. Większość siedzi w wózkach inwalidzkich. Bez kończyn, lub częściowo sparaliżowani. Nikt nie wygląda na więcej niż 23 lat. Patrzą na kapiących się. W oczach niepewność. Ich pobyt w San Diego jest sponsorowany przez pozarządowa agencje Wounded  Warrior – Rannych Żołnierzy, wspierającą kombatantów, którzy wzięli udział w wojnach po 11 września 2001 roku. Założona  w 2003 roku początkowo zajmowała się zbieraniem odzieży dla rannych przywożonych z odległych frontów. Wypełnia luki w strukturach organizacji rządowych. Buduje struktury samopomocy. Dotąd zajęła  się 40 tysiącami. Ich motto: “Największą klęską  jest być zapomnianym”.  Najmłodsi weterani są tutaj są na parodniowym wypadzie by się uczyć grać w tenisa. “W tenisa? Przecież nie maja nóg”. „Cala w tym rzecz by nauczyli się tego, co chce i potrafi każdy z nas. W wózku tez można grać. Zapisują się ci, co chcą. Spełniamy ich wole. Uczą się wspinaczki wysokogórskiej, gry w hokeja, jazdy na nartach.  Nic tak nie pozwala zwalczyć swoich słabości niż sięganie po niemożliwe”.  Organizacja sama zbiera pieniądze i decyduje o formach pomocy. Chcą by w ich radarze znaleźli się wszyscy zmagający z ciężarami wojny, łącznie z tymi, których rany są niewidocznymi dla oka. 

















Mimo to wojna siedzi w nich nawet przez dziesiątki lat. Musisz walczyć by ciebie nie zniszczyła psychicznie.
Spory procent pilotów 95-tej kończyło latanie załamaniem nerwowym. Nie tylko z racji niepewności o dzień następny. Zrzucanie bomb było wyzwaniem moralnym. Przed lotami bacznie studiowali mapy z obiektami, które mieli zniszczyć i ich odległości od obiektów cywilnych. Lato 1944 było jednym z cięższych, tak dla Amerykanów jak i Niemców. Ci ostatni tracili 300 samolotów na tydzień. Coraz więcej amerykańskich samolotów lądowało w krajach neutralnych - Szwecji i Szwajcarii, nie tylko po awariach, ale Amerykanie zwyczajnie już nie wytrzymywali.

Lucille i Gordon Redfeldtowie właśnie obchodzili 71 rocznice ślubu. Pobrali się na krótko przed wyjazdem Gordona na szkolenie lotnicze. W grudniu 1944 roku Lucille otrzymała telegram, ze mąż zginał w akcji. Parę miesięcy później kolejna wiadomość, ze przeżył i trafił do stalagu. Z 95 tysięcy amerykańskich więźniów wojennych aż 30 tysięcy stanowili piloci. Jeden z ważniejszych obozów internowania Stalag Luft 3 znajdował się w Żaganiu. Z końcem 1944 roku było tam 10 tysięcy, z czego polowa amerykańskich pilotów. Koledzy Gordona, którzy byli tam znacznie dłużej otrzymywali za pośrednictwem Czerwonego Krzyża listy od żon i narzeczonych, które odbierały im wole przetrwania. “Możesz uznać nasz związek za zakończony. Wole być zona bohatera z 1944 niż tchórza z 1943 roku”. Albo w innym liście “Chce wziąć rozwód po twoim powrocie. Pokochałam szeregowego, który chce mnie poślubić. Nie informuj władz, bo pozbawia mnie zasiłku. Bez tego nie uda się nam przeżyć”. Gordon zapamiętał treść tych listów i ich wpływ na kolegów. Wysłał telegram do zony, ze jest na wolności 13 maja 1945 roku. Do domu trafił 6 tygodni później. Nigdy się nie rozstali.

















Podczas zamykającego zjazd wieczoru ostatnia szansa dla weteranów by przekazać nam swoje myśli i wspomnienia. Ktoś mówi, ze weszli w wojnę, jako chłopcy a wrócili, jako mężczyźni. Oczekiwać odwagi od 20 latka to zbyt wiele: „Byliśmy wystraszonymi chłopakami. Wkoło ginęli koledzy, każdy chciał żyć. Nie starajmy się dziś prezentować, jako wielcy bohaterzy.”  Może trzeba odwagi bohatera by moc wypowiedzieć podobne słowa.

Zdjecia autora. 

Website Builder provided by  Vistaprint